piątek, 15 czerwca 2018

Wywiad z Qczaj'em. O tym, jak trenować i jak się "ukochać"

Daniel Qczaj to najbardziej pozytywny trener w Polsce. Jego przesłania są bezpośrednie i zabawne, nic więc dziwnego, że z miejsca podbił serca Polek. I choć na co dzień poprawia 
innym humor i motywuje ich do działania, to sam ma za sobą ciężkie doświadczenia. A jednak pozytywnego podejścia do życia każdy mógłby się od niego uczyć. 

Z Qczaj'em rozmawiała dziennikarka Ewelina Zdancewicz-Pękala.

Archiwum Qczaj'a

Showbiznesodkuchni: —Miło cię słyszeć! I chyba na początek pochwalę ci się, że jestem dzisiaj już po treningu :)

Qczaj: —Super! Ja też właśnie przed chwilą skończyłem trening (śmiech).


—Jak wygląda twój rozkład dnia? Masz stałe godziny i czas trwania treningu?

—Przede wszystkim nie chcę, żebym to ja był dla treningu, tylko żeby to trening był dla mnie. Nie dostosowuję wszystkiego do tego, żeby ćwiczyć o danej porze, bo to prowadzi tylko do frustracji i tego, że człowiek chodzi wkurzony i źle się do tego nastawia. Trenuję wtedy, kiedy jestem w stanie wrzucić ćwiczenia w swój plan dnia, który jest różny. Przy trybie pracy, który mam przez ostatnie pół roku, ciężko jest mi coś zaplanować. Choć oczywiście są pewne plany i spotkania, które są z góry ustawione – w tym momencie do października. Natomiast inne rzeczy w ciągu dnia planuję bardzo orientacyjnie. Powiedzmy, że kiedy wstaję z łóżka i czuję, że mam mega power i to jest ten dzień, kiedy chcę od razu ćwiczyć – to robię trening rano. A jeśli przychodzi wieczór i czuję, że mam siłę i mogę potrenować albo że wpadnę na coś nowego (bardzo często wpadam na różne pomysły właśnie podczas treningu), to wtedy robię trening wieczorem. Także nie jest tak, że trening dominuje moją część dnia. Czasami jest to intensywny 20-minutowy trening, a czasami trwa on godzinę.


—Dobrze, że o tym mówisz, bo niektórzy prześcigaliby się w czasie, jaki spędzili na ćwiczeniach. A ty dajesz prosty przekaz: kobieto, jeśli masz siłę na 20 minut, to zrób te 20 minut i bądź z siebie dumna.

—Dokładnie! I to jest też to, co staram się przekazać. Ciało uwielbia różnorodność. Ja sam uczyłem się tego latami, które spędziłem na siłowni. Najfajniejsze efekty miałem wtedy, kiedy miałem swobodne podejście do ćwiczeń – kiedy każdego dnia robiłem podczas treningu to, na co akurat miałem ochotę. Jeden dzień było kardio, bo na to miałem czas, a drugiego robiłem po dwa treningi, bo akurat miałem świetny dzień.


Archiwum Qczaj'a



—Wiesz, kiedy ja pierwszy raz weszłam na siłownię, to poczułam się onieśmielona. Ja i sala pełna pakujących panów :). Twoje początki wyglądały podobnie?

—U mnie było trochę inaczej, bo ja zaczynałem trenować w innych czasach. Nie było jeszcze Instagrama i Facebooka, to były początki social mediów. Kiedy pierwszy raz poszedłem na siłownię, to była wręcz taka mekka! Podeszła do mnie wtedy jedna z czołowych kulturystek – a ja byłem wtedy takim małym, wychodzony 18-latkiem. Ten dzień zapamiętam do końca życia, bo tamta kulturystka bardzo fajnie się mną zaopiekowała, pokazała mi, jak zacząć. Wtedy ćwiczyło się z powodu pasji, dzisiaj w dużej mierze to moda. Ludzie przykrywają tym swoje kompleksy i niestety często zamienia się to w taką… wręcz arogancję. I kiedy na siłownię przychodzi ktoś, kto dopiero zaczyna, to trzeba pokazać mu, gdzie jest jego miejsce. A ja pamiętam, że dawniej ludzie niesamowicie pozytywnie na mnie zareagowali. Tak więc moje początki były fajne i inne niż dzisiaj, choć oczywiście czułem się zawstydzony przy tych wszystkich osiłkach (śmiech). Myślałem: kurczę, co ja tutaj robię? Jednak fajni ludzie pokazali mi wszystko i wytłumaczyli, pamiętając o tym, że sami też kiedyś zaczynali. Między innymi przez to nauczyłem się cierpliwości.


—Mówisz m.in. o obecnym przeroście formy nad treścią. Dookoła nas są same fit-batony, selfie z siłowni na Insta…

—Niestety te rzeczy zdominowały i przykryło to, co powinno być najważniejsze, czyli radość z treningu. Pasję. To ma nam służyć, żeby się lepiej czuć, a nie uważać się za lepszego niż reszta świata.


—Podobno początkowo nie miałeś być trenerem, a księdzem?

—Zawsze miałem poczucie misji i chęć pomocy ludziom, mówienia do nich. Pamiętam, że jak obserwowałem księdza w kościele, to wyobrażałem sobie, że ja kiedyś też będę tak stał i będę mówił do ludzi. To bardzo dużo mi dało i się tego nie wybieram. W tamtym momencie byłem bardzo zagubionym dzieciakiem, wychowującym się bez rodziców. Duchowość bardzo mi pomogła.


—W jednej z rozmów mówisz wprost o tym, że podjąłeś próbę samobójczą.

—Próby samobójcze w ogóle przejawiały się w moim życiu. Myślę, że niejeden nastolatek wpada na taki pomysł. Patrząc dzisiaj na statystyki mnóstwo nastolatków popełnia samobójstwa. Czują się osamotnieni, nie wiedzą, jak mają sobie poradzić z problemami. Sięgają po to najgorsze wyjście. Wielu z nich się udaje. Często są to nastolatkowie z małych miejscowości, gdzie bywa to zamiatane pod dywan. Mówię o tym głośno, bo widzę, że to przynosi niesamowity efekt. Zanim do mnie zadzwoniłaś dostałem wiadomość od dziewczyny, która wysłała mi swoje zdjęcie z założoną stomią. Ta dziewczyna napisała mi, że będzie to miała już do końca życia i że dzięki mnie zaczyna to akceptować, że zaczyna mieć poczucie, że musi pokochać samą siebie - nawet ze stomią.


—Myślę, że masz na sobie ogromną odpowiedzialność.

—Nie chciałbym wprowadzać takiego poczucia. Gdybym myślał, że mam na sobie taką presję, to pewnie bym zwariował. Przy takiej liczbie wiadomości, jaką dostaję od kobiet i różnych osób – a tych wiadomości są setki – to nawet z czysto technicznego powodu nie byłbym w stanie odpisać na każdą. Nie mam kogoś, kto moderuje mi stronę, chcę to prowadzić sam i jak najdłużej będę się starał, żeby tak to wyglądało. Jednak mówię o tym otwarcie: nie jestem w stanie odpisać na każdą wiadomość. Czasami odpowiadam na nie ogólnie, a czasem jakaś historia inspiruje mnie do opowiedzenia czegoś podczas nagrania. Ale mówię też o tym wszystkim po to, żeby przekazać ważną wiadomość: niestety nie jestem w stanie rozwiązać za kogoś problemu, przyjść i dać komuś gotowe rozwiązanie. To higiena życia, której też uczę: nie dać na siebie zrzucić odpowiedzialności za czyjeś życie. Mówię, daję od siebie dużo energii i jeśli ktoś chce „wziąć” ode mnie ten przekaz, to go bierze. Jeśli nie - to nie jestem w stanie uratować całego świata.



—A na dobrą sprawę z problemami powinno się zgłaszać do specjalistów.

—I to się dzieje. Dostaje mnóstwo wiadomości od psychoterapeutów, którzy piszą, że przychodzą do nich nowi pacjenci, którzy mówią, że to ja ich zmobilizowałem do tego, żeby przyjść. Zresztą ja sam byłem na terapii, która bardzo mi pomogła.


Archiwum Qczaj'a


—Weźmy na tapetę lżejsze przypadki, czyli po prostu twoją pomoc kobietom w „ukochaniu” swojego ciała. Jakie wartości swoją obecnością w mediach jako trener chcesz przekazać, oczywiście poza tym, że kobiety mają się ukochać?

—Dużo jest tych wartości… W każdym poście i InstaStory staram się coś przemycić. Czasami jest to lżejsze, czasami mocniejsze, inspirowane tym, co mnie w danym momencie spotyka albo wiadomościami, które dostaję. Myślę też, że dzisiaj bardzo mocno brakuje ludziom cierpliwości. Ta szybkość działania, natłok informacji, poczucie, że coś nas omija doprowadza do niesamowitej frustracji. Wartość, którą przekazuję to też więc nauka cierpliwości. Trzeba przestać się frustrować i na siłę rzucać się w porównywanie do innych. Po co nam poczucie, że ktoś jest bardziej szczęśliwy niż my sami? Oczywiście tych wartości jest o wiele więcej. Wystarczy nie patrzeć powierzchownie. Gdyby ktoś mnie po prostu zobaczył, pomyślałby pewnie, że jestem śmiesznym, skaczącym człowiekiem, ale jeśli będzie chciał bardziej zagłębić się w moją historię, to na pewno odnajdzie tam coś ciekawego. Jednak to jest dla ludzi chcących i świadomych. Nie chcę nikogo do siebie przekonywać na siłę. Jeśli ktoś jest na to gotów, to mnie pozna.


—Nie da się być lubianym przez każdego.

—Właśnie!

—A wracając na koniec do tematu porównywania. Nie przeglądanie Instagrama pięknych kobiet, oczywiście „bez makijażu’ - mogłoby pomóc?

—Wiesz co? To ciężkie do wyeliminowania. To tak jak ja, mający trochę problem z alkoholem, wyrzuciłbym z domu cały alkohol. Przecież i tak miałbym świadomość, że on ciągle gdzieś tam jest. Tak więc ja ciągle mam w domu alkohol. Analogicznie – to wszystko na Instagramie jest, ale trzeba nauczyć się z tym obchodzić. Patrzeć na to w ten sposób: ktoś wygląda tak a tak, ale ja wyglądam tak i jestem z siebie zadowolona, dumna, z tego co zrobiłam. Nie można porównywać tego, co się widzi w lustrze z tym, co się widzi w social media. Często nie mamy szans spotkać tych ludzi na żywo, więc nie przekonamy się, jak wyglądają w rzeczywistości.


—I chyba najbardziej atrakcyjna jest pewność siebie?

—Dokładnie tak.


—Masz jeszcze jakieś porady, które zachęcają do wstania z łóżka, kiedy mamy gorszy dzień i nic się nie chce?

—Pozwalam sobie na takie dni. Zastanawiam się wtedy, co spowodowało, że tak się czuję. Czasami to po prostu zmęczenie. Albo sytuacje, które wydarzyły się po drodze i podniosły poziom kortyzolu. Potem to wychodzi w sytuacjach, w których nie mamy siły wstać z łóżka. Nie wierzę w ciągłą motywację. Te gorsze dni to dni, które pozwalają nam wrócić do siebie. Kiedy masz taki czas, to zastanów się nad sobą i pomyśl, co się stało, że nie masz na nic siły. I nie oczekuj cudów! Nic nie dzieje się od razu, czasami trzeba zrobić pierwszy krok i wyjść z domu tylko na spacer. Ja na przykład po raz pierwszy od sześciu miesięcy cieszę się byciem sam ze sobą w moim domu. Mogę nabrać siły, żeby dzielić się energią z innymi.


—W takim razie życzę ci dużo siły! Dzięki za rozmowę!


—Bardzo dziękuję!

środa, 6 czerwca 2018

Wywiad z Michałem Malinowskim. O aktorstwie, podróżach i wartościach

Michał Malinowski, aktor znany m.in. z "Na Wspólnej" czy "Pierwszej miłości" nie ma czasu na nudę. Obecnie bierze udział w kilku projektach teatralnych, realizuje się przed kamerą i nieustannie uczy się nowych rzeczy. Po pracy spełnia się w swoich pasjach, a tych ma sporo. Ostatnio można było go spotkać m.in. na Zatoce Gdańskiej, gdzie... samotnie żeglował. W tym sezonie na pewno będzie go jeszcze można spotkać nieco dalej... Ale nawet podczas żeglowania nie próżnuje, tylko w kokpicie czyta scenariusze! A kiedy znajdzie czas na imprezę, nie trzeba go namawiać do wyjścia na parkiet - pamiętacie jego występy w "Tańcu z Gwiazdami" w 2017 roku...?

O tym, jak organizuje czas i dlaczego wykorzystuje go na 100 procent, a także o wartościach i showbiznesie, rozmawiała z Michałem Ewelina Zdancewicz-Pękala.


Fot. archiwum prywatne Michała Malinowskiego

Showbiznesodkuchni: — Myślałam, że złapię cię w podróży, ale wiem już, że aktualnie masz przerwę w wyjazdach.
Michał Malinowski: — Tak, obecnie jestem na miejscu — co wynika z tego, że teraz mam o wiele więcej pracy. Ostatnio tak się jakoś wszystko potoczyło, że przybyło mi pracy w teatrze. I super! Szykują mi się trzy projekty teatralne, a z tym, co już mam, będzie tego bardzo dużo. Jednak wiadomo, że kiedy pojawiają się nowe spektakle, to trzeba próbować, a to z kolei zajmuje dużo czasu.

— Powiesz więcej o tych projektach?
— Będę grał w kolejnym spektaklu w Teatrze Capitol – i to do niego tak zawzięcie obecnie próbuje. Poza tym zaraz zaczną się próby do dwóch innych, które również będą grane w warszawskich teatrach, ale jeszcze nie mogę o tym opowiedzieć.

— Pewnie granie przed kamerą i granie na scenie to ogromna różnica dla aktora?
— To zupełnie inne granie! W teatrze środki wyrazu muszą być większe, bo trzeba z przekazem i słowem dotrzeć do ostatnich siedzeń. A jeśli chodzi o granie przed kamerą – mikroporty mamy tuż przy twarzy, więc używa się zupełnie innych środków. Można mówić ciszej, tak, jakby mówiło się tylko do tej osoby, z którą grasz. Tak więc technika jest inna, ale również, a może przede wszystkim, teatr wyróżnia bezpośredni kontakt z widzem. Grając spektakl czuje się energię widzów. Szczególnie w komediach – od razu słyszysz, kiedy widzowie się śmieją, wiesz, czy im się podoba. W sztukach dramatycznych też czuć te energię, tylko nie tak wprost. W obu przypadkach jest to coś magicznego. W telewizji tego nie ma, ale ona też ma swoje inne, fajne aspekty. I to jest super w pracy aktora: można pracować i tu, i tu, i jeszcze przy filmie, w dubbingu, można też prowadzić imprezy i robić masę innych rzeczy… Słowem, rozwijać się jako człowiek!


— Nie dość, że robisz te rzeczy, to jeszcze dużo podróżujesz i rozwijasz się sportowo. Kiedy ty sypiasz? : ) Masz w ogóle czas na sen?
— Rzeczywiście, sypiam za mało, ale to chyba każdy ma takie wrażenie ;) a tak na poważnie: wszystko to kwestia organizacji czasu. Im mniej człowiek go ma, tym bardziej uczy się nim zarządzać, nie marnować go. Najwięcej czasu traci się na takim „rozmemłaniu” kiedy to trzeba by coś zrobić, ale w sumie niekoniecznie, albo niekoniecznie teraz... a kiedy tych zajęć jest dużo i człowiek pędzi z jednego miejsca w drugie, to nie zwalnia niepotrzebnie tempa i automatycznie jest w stanie wsadzić więcej sensownej treści między wskazówki zegara.

— Jak się organizujesz w czasie? Robisz parę rzeczy w jednym momencie? Przykładowo, uczysz się tekstu do roli siedząc w taksówce?
— Moją wielką pasją jest żeglarstwo i w tym sezonie postanowiłem rozwijać się jako samotny żeglarz. Póki co Zatoka Gdańska i Zalew Wiślany, ale planuję w tym sezonie wyskoczyć trochę dalej. Ostatnio zrobiłem sobie kilkudniowy rejs. Kiedy po wypłynięciu z portu ustawiłem już żagle i zablokowałem kurs na autopilocie mogę usiąść wygodnie w kokpicie i zająć się czytaniem nowego scenariusza (oczywiście co kilka minut rozglądałem się dookoła i sprawdzałem, czy nie wpływa we mnie żaden tankowiec). Udało się połączyć przyjemne z pożytecznym i udaję się to również w innych przypadkach, np. kiedy jadę pociągiem na zdjęcia do Wrocławia, czy gdziekolwiek ze spektaklem wyjazdowym... opcji jest wiele.

— Nie masz jednak czasem poczucia, że jednak chciałbyś po prostu odpocząć i nic nie robić? Że już dość?

— Tutaj bardzo pomaga to, o czym już mówiłem. Rzeczy, które robię w ramach zawodu i pasji są tak różne od siebie, że robiąc jedną, odpoczywam od drugiej. Poza tym nic mnie tak nie męczy jak siedzenie i nic nie robienie... jeśli odpoczynek to tylko aktywny.


Fot. archiwum prywatne Michała Malinowskiego

— Jak z kolei łączysz podróże z pracą? Ostatnio np. wyjechałeś na kilkanaście dni do Meksyku, a wtedy nie da się być na planie. Rozumiem, że po prostu masz ustalony konkretny plan grania, a kiedy się da, ruszasz w podróż?

— Harmonogram produkcji seriali daje nam możliwość brania krótkiego wolnego. Jeśli chodzi o spektakle to przy kilku obsadach można wymieniać się terminami, więc wszystko jest możliwe. Oczywiście w ramach zdrowego rozsądku. W meksyku byłem 18 dni i ucieczka na tak długi okres przy tym natłoku pracy, który obecnie mam szczęście mieć, nie jest już taka łatwa. Dlatego wykorzystałem przerwę świąteczną, kiedy to zarówno w „Na Wspólnej” i w „Pierwszej miłości” nie ma zdjęć. Nie ukrywam, że trochę tęskniłem za magią rodzinnych świąt, ale...coś za coś ;)

— Myślę, że twoja postawa udowadnia coś wszystkim, którzy mówią: nie będę podróżował, bo nie mam czasu, pieniędzy, w sumie to się nie da…
— Zawsze się da. Jako student pojechałem kiedyś na włóczęgę autostopem po Europie. W dwa miesiące zwiedziłem 17 krajów, a kosztowało mnie to mniej niż tysiąc złotych. To były moje najlepsze wakacje w życiu! Dlatego nie lubię, kiedy ktoś mówi, że wyjazd musi być kosztowny. Kiedyś w jednym czasopiśmie pojawiła się wycena mojej podróży do Meksyku i wszystko byłoby super gdyby nie została kilkukrotnie zawyżona. Najgorsze jest to, że ktoś mógłby pomyśleć, że tak trzeba, że bez tak dużych pieniędzy się nie da… Nieprawda. Da się i często jest wtedy o wiele fajniej. Jest to jedna z ważniejszych rzeczy które staram się komunikować, choćby za pośrednictwem swojego Instagrama.

— Jednym z twoich patentów na tanie podróżowanie jest autostop. Ile razy słyszałeś ostrzeżenia, że to niebezpieczne?
— Wielokrotnie! Natomiast przejechałam już wiele mil autostopem i nadal żyję. Zdarzały się różne sytuacje i tak, w takiej podróży może się zdarzyć wszystko. Trzeba mieć tę świadomość. Tylko że siedzenie na tyłku w domu to też jest ryzyko. Ryzyko, że zmarnuje się swoje życie.


Fot. archiwum prywatne Michała Malinowskiego

— Czyli ogromne.
— Szkoda by było to wszystko przegapić. Mamy na naszej planecie tyle pięknych miejsc i tylu fantastycznych ludzi, których moglibyśmy poznać... Wielkim marnotrawstwem by było z tego nie korzystać w imię lęku, że coś może się zdarzyć. Ale wiesz co? „Coś” może zdarzyć się wszędzie. Nawet przed naszym blokiem. Są oczywiście miejsca bardziej niebezpieczne i trzeba brać to pod uwagę. Nikogo nie będę namawiał na podróż autostopem po Somalii. Jednak jest dużo bezpiecznych krajów, które bym polecał. Wystarczy zasięgnąć informacji i samodzielnie ocenić poziom ryzyka jakie jesteśmy gotowi podjąć.

— Powiem ci, że mi zdarzyło się jeździć stopem po Polsce i tak samo jak ty miewałam różne sytuacje. W tych niebezpiecznych pomagała wtedy, jakby nie patrzeć, właśnie gra aktorska. Wystarczyło pokazać, że się nie boisz, nawet jeśli umierałeś ze strachu. Też zdarzało ci się wykorzystywać twoje umiejętności aktorskie w ten sposób? Albo w jakimkolwiek innym zakresie w podróży czy w życiu?
— Zdecydowanie! Aktorstwo to dziedzina, która rzutuje pozytywnie chyba na wszystkie aspekty życia. To jest też jeden z powodów, dla których zdecydowałem się na ten zawód. A zdecydowałem się na to bardzo późno, bo w trzeciej klasie liceum. Zrobiłem to, bo chciałem się rozwijać jako człowiek. Byłem nieśmiały, miałem kompleksy, nie potrafiłem rozmawiać z innymi ludźmi, otwierać się na nich. Pomijając to, że chciałem poznać zawód, który wydawał mi się fascynujący, to chciałem też pracować nad sobą, a aktorstwo to umożliwiało. To wszystko, czego się nauczyłem – to można wykorzystać wszędzie, a każdym aspekcie.

— Czasem, kiedy rozmawiam z aktorami, to skarżą się, że nie mają spokoju na imprezach, bo każdy chce, żeby zabawiali innych gości. Albo z tancerzami – też nie mają spokoju na weselach. A ty przecież też masz za sobą przygodę z „Tańcem z gwiazdami”.
— (śmiech) Coś w tym jest! Niektórzy używają tego argumentu. Ale taniec jest przyjemny, nie ma co się skarżyć, trzeba po prostu tańczyć!

— Czyli ciebie też wyciągają na parkiet?
— Oczywiście! Zresztą tak było już wcześniej, poza tym ja sam się wyciągam, lubię tańczyć.

— A proszą cię o opowiadanie kawałów na imprezach? :)
— Tak, ale kiedy zaczynam opowiadać swoje ulubione dowcipy, to już potem mnie więcej nie proszą (śmiech). Mam swoje sposoby, wystarczy opowiedzieć odpowiedni dowcip : ) Ale mówiąc już poważniej: poza planem zdjęciowym czy scena jestem po prostu człowiekiem. Kiedy chcę opowiedzieć żart, to wtedy go opowiadam. A jeśli tego nie czuję, to fakt, że jestem aktorem w żaden sposób nie zobowiązuje mnie do tego, żeby na prywatnych spotkaniach wszystkich zabawiać. To wydaje mi się dość naturalne. Mam akurat takich znajomych, którzy są w stanie oddzielać życie zawodowe od prywatnego.


Fot. archiwum prywatne Michała Malinowskiego

— Masz też fajny medialny wizerunek, portale plotkarskie nie obsmarowują cię na każdym kroku, jesteś odbierany bardzo pozytywnie. Bardzo patrzysz na to, jak kreować się w show-biznesie?
— Staram się być w porządku wobec ludzi. Jednocześnie mam świadomość, że z racji mojego zawodu pewne rzeczy, które mówię, mają wpływ na innych. Staram się więc, żeby ten wpływ był jak najbardziej pozytywny. Chcę swoim życiem ulepszać ten świat, a nie go niszczyć. Trzeba być w porządku. Nie tyczy się to tylko aktorów i osób publicznych, ale każdego.

— Czyli to jest twój przekaz, który chcesz dać publice poza sceną, w świecie show-biznesu?

— Prywatnie namawiam wszystkich żeby ludzie jak najwięcej robili, szukali, ryzykowali. Każde nasze działanie to szansa na to, że zdarzy się coś pięknego. To się tyczy pracy, podróży, związków.. tak naprawdę wszystkiego… Mamy piękny świat, trzeba go poznać. Naprawdę – warto.

niedziela, 21 lutego 2016

Wywiad z Maciejem Zakliczyńskim

Witajcie. Za chwilkę przedstawię Wam mojego gościa. Tymczasem z powodu debiutu muzycznego moich podopiecznych nie mam chwili wytchnienia, dlatego Maja Maksym studentka dziennikarstwa przygotowała mi pytania dla mojego dzisiejszego rozmówcy, kilka pytań jest ode mnie, by uzupełnić tę rozmowę. Z Maćkiem znam się około 10 lat. Po tym okresie mogę śmiało napisać, że wcale się nie zmienił nadal jest serdecznym kolegą z którym można porozmawiać na każdy temat. Często pytacie mnie o osoby, które na co dzień pracują z osobami publicznymi czy się zmieniają podczas obcowania ze znanymi ludźmi, Maciej pracował podczas programu: "Tańca z Gwiazdami" z największymi Gwiazdami jest nadal skromnym, może, aż za skromnym, miłym pokornym człowiekiem;) Podobno pokora cechą NAJWIĘKSZYCH, także tak...HA ;)

Maciej Zakliczyński, choreograf znany z popularnych telewizyjnych programów takich jak Taniec z Gwiazdami, czy YCD obecnie już po raz 14 przygotowuje pary do kolejnej edycji tanecznego show, po raz 5 w telewizji Polsat. Z wykształcenia kulturoznawca i teatrolog niezmiennie współpracuje z teatrami w Polsce i zagranicą zarówno jako choreograf jak i autor scenariuszy i reżyser. Uwielbia podróże, fotografię, literaturę i sztukę. W niedługim czasie wyda drugą książkę artystyczną. Na co dzień prowadzi Agencję Artystyczną .NOVARTE, od ponad dekady aktywną w show-biznesie.

Londyn 2015, fot. Kasia Przybyło


Julia: Co sądzisz o polskim show-biznesie?
Maciej: Pytanie jak strzał armatni. Cóż, zastanawiam się od czego zacząć. Czasy są bardzo interesujące pod każdym względem. Wszystko zmienia się w zastraszającym tempie. Dzisiejsza nowość jutro będzie przestarzała, informacja w dzisiejszym dzienniku zalana wodospadem kolejnych doniesień, ale mimo wszystko nie przepadnie na zawsze, bo mamy Internet, dyski twarde, chmury. Show-biznesu nie chcę opisywać, bo jaki pan taki kram. W Polsce jest podobnie jak na Zachodzie. Setki kanałów telewizyjnych, sieć z YouTubem na czele, Fejs, Insta, Twitt, jak to wszystko ogarnąć? Prasa umiera, ale tabloidy stoją dobrze. Książek prawie nikt nie czyta, kosztują fortunę. Celebryci napędzają rynek plotek, plotki koniunkturę, jest i show i biznes. Tyle, że zbyt często jedynie głupota generuje zyski. Branża kisi się w swoim sosie. Towarzystwo wzajemnej adoracji. Paszporty, Fryderyki, Orły, Lwy, Nike, wszystko powoli traci prestiż, brakuje tu jakości, klasy, ale przede wszystkim kierują nami uprzedzenia. Zbyt wielu z nas temu przyklaskuje, bo z jednej strony chcemy ustalonych zasad i obiektywizmu, a z drugiej pamiętamy, że o gustach się nie dyskutuje i krzywimy się na decyzje jurorów, komisji, publiczności. Ostrożnie oceniam, zawsze pamiętam o tym, ile pracy kosztuje zrobienie czegokolwiek w sztuce. Napisać dramat, wyreżyserować sztukę, zrobić choreografię, napisać książkę, wyprodukować program, wziąć odpowiedzialność za to to bardzo ciężka rzecz. Krytykować, hejtować może dziś każdy bez zastanowienia, incognito, bez konsekwencji. Nie zamierzam temu ulegać, ale równocześnie jestem otwarty i rożne rzeczy mnie inspirują. Uczę się kim są szafiarki, albo otwieram szeroko buzię, kiedy dowiaduję się ile zarabia się na prowadzeniu bloga o sukniach ślubnych. Nie wściekam się, podziwiam, może odrobinę zazdroszczę robiąc dobra minę do złej gry. Chcę i będę robić swoje, bo najważniejsze dla mnie to być w zgodzie z sobą. Jeśli ktoś prowadzi blog o masażu prostaty, albo zarabia na bywaniu na premierach, stylizowaniu yorków, lub robi cokolwiek innego i żyje z tego, a w dodatku nie krzywdzi nikogo to czy można to negować? Biznes się kręci, jeszcze parę fotek, kanał video, fanpage i będzie show. Od lat pracuję w programie rozrywkowym, ale zawsze staramy się, aby był na wysokim poziomie. Ani w realizatorach ani w uczestnikach nie ma przyzwolenia na tandetę, nawet jeśli z nią stereotypowo kojarzy się taniec towarzyski. Tu liczą się emocje, ciężka praca i wyjątkowa oprawa, a to kwintesencja show-biznesu.

Julia: Ulubiona para?
Maciej: Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Nie lubię mówić o parach z Tańca z Gwiazdami. Cały czas spotykam w programie cudownych ludzi, każdy to niepowtarzalna osobowość. I nie może być inaczej, to i ich charakter, talent i charyzma stanowi o tym, że są wyjątkowi. Oczywiście są miedzy nimi tacy, którzy na zawsze pozostaną w moim życiu, ale to naturalne. Mówiąc kolokwialnie, od razu mieliśmy "wspólny przelot". Przyjaźnimy się do dziś. Bardzo to sobie cenię.

Julia: W kulisach mówi się o Tobie, że krzyczysz kiedy ktoś nie rozumie o co Tobie chodzi na scenie. Czy to jest Twój sposób na dotarcie do danej osoby czy masz po prostu taki charakter i jesteś nerwusem?
Maciej: Żartujesz! Znasz mnie i wiesz, że nie lubię przemocy. Rzadko podnoszę głos i na pewno nie wtedy, gdy ktoś nie rozumie, o co mi chodzi. Wtedy próbuję znaleźć sposób, aby do niego dotrzeć bez wrzasków i rękoczynów. W pracy uchodzę za siłę spokoju i mam niewyczerpalną cierpliwość. Do aktorów podchodzę indywidualnie. Niektórych to dziwi, że za każdym razem wbiegam na scenę i dyskretnie wypowiadam uwagi, niemal do ucha aktora. Na treningach, próbach, warsztatach potrafię utrzymać dyscyplinę i wiem, jak to robić nie krzycząc.

Londyn 2015, fot. Kasia Przybyło


Maja: Co urzekło Pana w tańcu, że postanowił Pan akurat jemu się poświęcić?
Maciej: Nie postrzegam siebie, jako kogoś kto dla tańca musiał coś poświęcić, czyli stracić, aby zyskać. Taniec był, jest i będzie wokół mnie zawsze. Traktuję go jak tlen, potrzebuję go do życia. Poza tym gdy staje się materialny najczęściej jest piękny. Odpowiadając na Twoje pytanie mam problem, bo czy nie powinniśmy najpierw powiedzieć sobie, co to jest taniec, skoro potrafi urzekać i wymagać poświęceń? Chociaż może lepiej nie zaglądać w studnię bez dna. Ilu ludzi tyle definicji tańca. Jedno jest pewne: taniec ma moc i tę moc daje.

Maja: Jak wspomina Pan swoje początki taneczne?
Maciej: Gdy byłem dzieckiem muzyka powodowała, że chciałem ciągle poruszać się w jej rytm. Odkąd pamiętam był moim indywidualnym sposobem na wyrażenie siebie i porozumiewanie się ze światem. Co prawda szybko nauczyłem się mówić, czytać i pisać, ale w dzieciństwie słowa wyrażały jedynie myśli, szybko i konkretnie. Gdy w grę wchodziły emocje i uczucia zamykałem usta i tańcem wyrzucałem je z siebie. Jestem bilingwalny. W jednym zdaniu potrafię użyć obu. Zacząć słowem skończyć gestem. W sumie to nic wyjątkowego, spójrz jak ludzie wysyłają kogoś do diabła pokazując mu na końcu zdania środkowy palec. Taniec codzienności. Jeśli chodzi natomiast o, używając terminu biznesowego "ścieżkę kariery" to była dość nietypowa. Dość szybko przeszedłem na zawodowstwo, tańczyłem amatorsko tylko 10 lat i to bez znaczących sukcesów. Te nadeszły, gdy byłem trenerem. Spod mojej ręki wyszła prawdziwa gwardia wybitnych tancerzy. Dziś to oni zdobywają tytuły mistrzowskie, są trenerami i sędziami. Ja od tańca turniejowego/sportowego odszedłem z końcem minionego roku. Dokładnie po 30 latach.

Maja: Czy rodzice wspierali Pana w tanecznej pasji czy mieli inny pomysł na Pana przyszłość?
Maciej: Rodzice wspierali mnie zawsze i w każdej sytuacji. To poparcie każdej mojej decyzji nauczyło mnie odpowiedzialności za moje czyny. Równocześnie ze świadomością ciała w tańcu nabierałem świadomości, że w życiu oprócz zdrowia, miłości i przyjaźni najważniejsza jest uczciwość, cierpliwość/pracowitość i pokora. Bez nich żadna pasja nie przetrwa długo. Te wartości wyniosłem z domu. Co się tyczy drugiej części Twojego pytania, to oczywiście moi rodzice mieli parę pomysłów, ale wynikały one z mojej inicjatywy. Przygotowywałem się do szkoły teatralnej i na prawo. Nie przystąpiłem do egzaminów, chociaż złożyłem papiery. Po maturze wyjechałem tańczyć za granicą. Rodzice byli zaniepokojeni moją decyzją, ale wspierali mnie z całych sił. Gdy wróciłem zdobyłem dyplom nauczyciela tańca na studiach w Warszawie, a na UŚ w Katowicach obroniłem magisterium z kulturoznawstwa/teatrologii. Są ze mnie dumni.

fot. Aga Taukert


Maja: Jest Pan choreografem teatralnym jak i „Tańca z gwiazdami”. Większym wyzwaniem jest układanie choreografii do spektaklu czy do programu rozrywkowego?
Maciej: To dwie różne materie, ale jak to z tańcem bywa przenikają się wzajemnie. Taniec z Gwiazdami to specyficzny, bardzo trudny format i pod względem realizacji telewizyjnej, jak i samych treningów przygotowawczych. Wymaga profesjonalizmu na każdej płaszczyźnie i bez wątpienia jest wyzwaniem, zwłaszcza, że w każdej kolejnej edycji chcemy być jeszcze lepsi, oryginalniejsi, nowocześni. Choreografie bywają rożne, w zależności od okoliczności: od zestawienia pary, stylu tańca, repertuaru, energii jaka za tym wszystkim idzie, dnia i godziny. Moim zadaniem jest zrobić wszystko, aby Gwiazda czuła się komfortowo i bezpiecznie w trakcie swojego występu. Oczywiście największa odpowiedzialność spoczywa na jej partnerze, ale będąc "trzecim okiem" przeżywam każdy taniec każdej pary jak ojciec występ swojego dziecka na akademii szkolnej czy zawodach sportowych. Teatr to dla mnie świat. Pracując z tancerzami w teatrze eksplorujemy teren, zawsze odkrywamy nowe zaułki, przesuwamy na nim granice naszych wyobrażeń. To pasjonujące. W pracy z aktorami zawsze staram się czerpać z ich naturalności, doświadczenia i potrzeb. Mam swój własny warsztat pracy, z którym zapoznaję zespół na początku prób, a potem we współpracy z reżyserem tworzę ruch sceniczny, będący dla nich analogiczną akcją dramaturgiczną, drugą, po warstwie słowa mapę działań. Praca w teatrze mnie uzależnia, ciągle o niej myślę, zapisuję pomysły, czasami nagrywam. Kocham to.

Maja: Czy to prawda, że nie lubi Pan tańczyć na weselach? Dlaczego?
Maciej: Cóż, to anegdota. Na większości wesel wszyscy oczekują, że potańczą z zawodowym tancerzem i dziwią się, kiedy jestem dość leniwy. Nie chcę czuć się jak w pracy. Czy lekarz na weselach bada gości, wypisuje im recepty? Pewnie zdarza się i tak. Ja również czasami tańczę na weselu, zwłaszcza, gdy nie grają disco polo.

Maja: Co chce Pan przekazać innym przez taniec?
Maciej: Nie mam misji. Nie dzierżę kaganka. Gdy uczę mówię o potrzebie indywidualności, osobistego wyrazu, własnego stylu. Gdy korzystam z języka tańca w pracy na scenie polegam na naturalności, swobodzie, improwizacji.

fot. Karol Szczepaniak


Maja: Co uważa Pan za swój sukces taneczny oprócz zwycięstw i zdobywanych tytułów?
Maciej: Jak wspomniałem wyżej moje skromne tytuły nie dały mi nic ponad doświadczenie i chwilową satysfakcję. Moim sukcesem od lat są sukcesy innych, do których przyłożyłem rękę, zarówno wśród par turniejowych jak i tych w Tańcu z Gwiazdami. Ponadto wszyscy którzy polubili taniec za moim pośrednictwem to mój sukces. Pod koniec minionego roku spektakl taneczny "I move you", który wyreżyserowałem otrzymał nagrodę dziennikarzy na jednym z festiwali. Ta niespodziewana nagroda dała mi do myślenia, że nie zrobiliśmy go tylko dla siebie i że warto robić takie spektakle.

Maja: Uważa Pan, że na naukę tańca nigdy nie jest za późno czy po prostu z tymi zdolnościami trzeba się urodzić i gdy we wczesnych latach ich nie szkolimy, później jest już na to za późno?
Maciej: Taniec każdy ma w sobie od narodzin. To, czy w procesie edukacji nada swoim naturalnym zdolnościom, mniejszym lub większym jakąś specjalizację: klasyczną, jazzową, towarzyską, czy uliczną to inna kwestia. Tańczyć u cioci na imieninach warto i nieważne jak, ile figur i w jakiej ramie, byle na luzie, bez wyrwirączki. Natomiast jeśli uczyć się to tylko w sprawdzonej szkole u wykwalifikowanego dyplomowanego nauczyciela.

Maja: Czy ma Pan swój taneczny autorytet? Kim on jest?
Maciej: Pewnie spodziewasz się, że wymienię teraz mistrzów świata, którzy mnie uczyli. Niestety. Określę to jako mityczne ojcobójstwo, ale całkowicie świadome. Źle ich wspominam w ostatecznym rozrachunku. Nie miałem szczęścia do nauczycieli, byli chciwi i znudzeni. Najcięższą pracę wykonali ci pierwsi, do których trafiłem jako dziecko. Do nich mam wiele szacunku. Mam autorytety, które znam z historii i nagrań. Chwała informatykom za YouTube. Od dziecka uwielbiam Maurice'a Bejarta, Jerome Robbinsa, Boba Fosse'a. Jestem absolutnym wyznawcą kultu Roberta Wilsona i Piny Bausch. Lubię DV8 i Anne Terese de Keersmaeker. Osobiście wdzięczny jestem za możliwość spotkania na swej drodze Leah Stein, Johanessa Wielanda i Pavela Zustiaka. Chcę wspomnieć, że wszystko, czego nauczyłem się o teatrze w praktyce zawdzięczam Agnieszce Korytkowskiej-Mazur, z którą mamy na koncie już kilkanaście wspólnych premier teatralnych.

Maja: Jakie było/jest Pana największe taneczne marzenie i czy się już spełniło?
Maciej: Nie zastanawiałem się nad tym. Działam metodą małych kroków i cieszą mnie drobiazgi. Ale przyznaję, że lubię... duże rzeczy. Myślę, że... Chciałem nadać tańcowi towarzyskiemu status gatunku sztuki scenicznej, teatralnej, jaką ma taniec klasyczny i taniec współczesny i udało mi się to w spektaklu taneczno-aktorskim. Planuję następny.



Maja: Czy czuję się Pan już spełniony w tym co robi czy jeszcze czegoś Panu brakuje do poczucia pełnego spełnienia?
Maciej: To pytanie brzmi, jakbym konał na emeryturze i nadeszła pora na podsumowanie dorobku życia. Cóż, jestem wiecznie niezadowolony i ciągle mi mało i wiem, że tyle jeszcze mogę zrobić i w tylu dziedzinach spróbować swoich sił, itd. Poza tym jest świetnie. Dostrzegam to, co za mną, szanuję to i doceniam. Żyję teraźniejszością. Jestem zadowolony. Bywam szczęśliwy.

Maja: Co inspiruje Pana na co dzień?
Maciej: Życie. To początek i koniec wszystkiego.

Maja: Na zakończenie naszej rozmowy-Czego mogę Panu życzyć?
Maciej: Zdrowia, szczęścia i słodyczy.

Maja: Dziękuję za rozmowę.
Maciej: Dziękuję, wszystkiego dobrego.